sobota, 5 marca 2016

Od Julie

Jak zwykle siedziałam na ognie słuchając muzyki i mażąc coś w moim rysowniku. Spojrzałam w okno..."Pochmurno..Jak co dzień". Myślałam o tym jak 'tam' będzie. Tam- mam na myśli akademię. Czy poznam kogoś z kim będę mogła normalnie pogadać, czy będą tam same sztywniaki...
Wstałam z parapetu i zaczęłam szperać w szafie. Wyciągnęłam dobrze zakamuflowaną paczkę białych malboro i wyciągnęłam jednego papierosa, po czym odłożyłam paczkę. Podeszłam do okna i uchyliłam lufcik, po czym spaliłam papierosa.
Mama mówiła coś, że koło 12 mam być gotowa bo wyjeżdżamy. Spojrzałam na zegarek...No ładnie 10:45. Zaczęłam się szykować. Ubrałam się w to:
Zaczęłam się malować. Gdy już skończyłam, wzięłam wcześniej spakowane rzeczy. Dorzuciłam jeszcze raptopa, słuchawki, pada, mp3, oraz dalszą listę mojego sprzętu elektronicznego. O mało bym zapomniała mojego rysownika. Szybko po niego wróciłam. Gdy załadowałam bagarze do auta, ruszyłam po konia. Lira była czyściutka jak nigdy. Mimo to na szybko ją wyczesałam. Wraz z mamą założyłyśmy mojemu skarbowi ochraniacze transportowe. Żeby moja mała dzikuska sobie nic nie zrobiła.
Kiedy już udało nam się wprowadzić tego uparciucha do przyszepy, mogłyśmy w końcu wyruszyć.
***
Po 5 godzinach monotonnej jazdy, byłyśmy w końcu na miejscu.
Mama poszła już łatwić papiery, a ja odstawiłam w tym czasie Lirę do boksu.
Wzięłam bagarze z auta i ruszyłam w stronę akademii.
W drzwiach wpadł na mnie jakiś koleś.
-Uważaj sobie! -wrzasnęłam trochę speszona

<Ktoś jakiś?>


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz